Olsztyn. To była zwykła styczniowa niedziela osiem lat temu... nie byłem zadowolony z perspektywy opuszczenia nabożeństwa. Miałem wyjechać po teścia, który przyjechał w odwiedziny. Poranek, choć styczniowy, nie był chłodny, świeciło słońce. Siedząc w nagrzanym samochodzie zwróciłem uwagę na grupkę raczącą się alkoholem na trawce. Domyślałem się, że to bezdomni z dworca PKS w Olsztynie.
Nadeszła pora przyjazdu autobusu, grupka podniosła się z ziemi. Idąc na dworzec musieli minąć mój samochód. Kiedy podeszli bliżej rozpoznałem jedną z osób. To był Roman – człowiek wyrwany przez Boga z nałogu. Mimo że przeszedł przez ośrodek i dość długo trwał w Bogu znów siła grzechu i nałogu przemogła go. Wyglądał żałośnie. Pamiętam go z czasów przed upadkiem – wysoki, postawny mężczyzna. Teraz w niczym nie przypominał „tamtego” Romana. Cały spuchł z zimna, jego ubranie porwane, brudne, ledwo okrywało ciało. Najgorsze były jego stopy. Grube, niczym kłody, owinięte w szmaty nie mieściły się w letnie tenisówki. Spojrzał na mnie. Zarośnięta twarz, puste oczy... nie wiem, czy mnie poznał, poszedł dalej. Pomyślałem: „Panie Jezu, zobacz co się z nim stało!” Po jakiejś chwili wysiadłem z samochodu, chciałem zobaczyć co z autobusem, czyżbym się mylił co do godziny przyjazdu? Wracając myślałem co można zrobić dla tych ludzi na dworcu. Zamyślony podniosłem wzrok, przede mną stał Roman. Mogłem go minąć, nie chciał mnie zaczepić.
„Witaj Roman” - powiedziałem. Ze wstydem opuścił wzrok. „Kiedy ostatnio jadłeś?” - spytałem. „Trzy dni temu”. Kupiłem mu zapiekankę. Poprosił o jeszcze jedną i oranżadę. Wzrok sprzedawczyni z budki wyrażał pogardę dla tego co robię. Zaczęliśmy rozmawiać. Prosiłem, żeby przyszedł do kościoła, zapewniałem go o miłości Bożej i chęci pomocy z naszej strony. Przez chwilę milczał i odpowiedział „wstydzę się”. No tak, trudno z tym dyskutować. Podjechał autobus. Jadąc z teściem myślałem o tym jak im pomóc. Gdyby mieć noclegownię, stołówkę, pracowników... pytałem: „Boże, co robić?” I nagle olśnienie! Zrób kanapkę, tylko tyle. Opowiedziałem o swoim spotkaniu żonie i pomyśle z kanapkami. Słowa Asi „Zawsze marzyłam o tym, żeby pomagać takim ludziom” upewniły mnie w przekonaniu, że Bóg tej niedzieli przygotował dla nas służbę. Tego dnia rozpoczęły się nasze wizyty na dworcu i służba wśród bezdomnych. Co niedzielę głosimy im Słowo Boże, co wzbudza sensację wśród przechodniów, natomiast w środy rozmawiamy o ich problemach. Widzimy, jak Bóg działa, porusza ich serca, jak zmienia się ich myślenie i jak bardzo chcą słuchać o tym, że Bóg ich kocha. Każdy z tych ludzi to cała historia, mają tak pokręcone życia, tak pogmatwane życiorysy... Nie, nie głosimy im kościoła żielonoświątkowego, ale Jezusa ukrzyżowanego, który może zmienić ich życia. Bóg potwierdza to – Roman po odtruciu jest u chrześcijan pod Białogardem, Ania, narkomanka z cieknącym butaprenem nosem znalazła kąt dla siebie u znajomej, Wiesiu przestał pić, czyta Biblię, szuka Bożej odpowiedzi, Iwona... to była zwykła styczniowa niedziela osiem lat temu...
Tomasz Wróblewski








