| Spis treści |
|---|
| Lekcja dawania |
| Prezent urodzinowy |
| Dzięki, Jezu! |
| By nie ominąć nikogo |
| Wszystkie strony |
(Źródło: Piotr Karaś, Lekcja dawania, Chrześcijanin nr 11-12/2007)
W działalności naszych chrześcijańskich organizacji charytatywnych wciąż jeszcze, niestety, musimy w dużej mierze podpierać się finansami gromadzonymi z zewnątrz. Ubiegamy się ciągle o fundusze unijne, subwencje państwowe, ale wciąż z mizernym skutkiem. Nawet gdybyśmy je zdobyli, nie możemy się od nich uzależnić. Już dziś dochodzą nas głosy o zamykaniu albo ograniczaniu działalności chrześcijańskich ośrodków dla osób uzależnionych w Europie, po tym jak instytucje publiczne odmówiły im wsparcia finansowego. Dlaczego? Bo głosi się w nich Jezusa. A przecież to właśnie - a nie sama nazwa - sprawia, że są chrześcijańskie!
W takiej sytuacji potrzebujemy siebie nawzajem. Krąg wierzących wspierających działalność chrześcijańskich organizacji może zadecydować o przyszłości naszych programów. W Polsce wciąż jeszcze uczymy się dawania. Może się wydawać, że skoro nie jesteśmy zamożni, jesteśmy zwolnieni z tego obowiązku. Tymczasem ważna jest każda złotówka przekazywana regularnie na działalność wybranej przez nas placówki. Wiele w tym względzie możemy się nauczyć od naszych zagranicznych braci.
Szczęście w dawaniu
W pewnym magazynie chrześcijańskim przeczytałem ostatnio o liczącym 9800 członków zborze "Salem" w Chicago, którego wizją na rok 2007 było... dawanie1. Lektura skorygowała nieco moje dotychczasowe wyobrażenia o tzw. amerykańskich megakościołach (zbór "Salem" widnieje bowiem na liście stu najdynamiczniej rozwijających się Kościołów w USA). Przez pięć miesięcy bieżącego roku, każdej soboty o godzinie 10.00 członkowie tego zboru wyruszają na ulice, docierają do najciemniejszych zakamarków miasta, by napotkanym ludziom zaoferować pomoc stosowną do ich potrzeb. Rozdają żywność, bezpłatną odzież, oferują testy na HIV/AIDS.
- Zostaliśmy zbawieni nie po tom by siedzieć, ale aby służyć - mówi pastor tego zboru.
Zbór "Salem" prowadzi trzy ośrodki dla ludzi uzależnionych, dzięki którym już ponad sześćset osób rozpoczęło nowe, wolne od uzależnień życie.
Kościół "Salem", jak czytam, doświadcza radości w dawaniu. Nie odkrył, zdaje się, niczego nowego. Pan Jezus powiedział przecież: "Więcej szczęścia jest w dawaniu niż braniu" (Dz 20,35 PE). Nauka Pana Jezusa jawi się jednak tutaj jako pewnego rodzaju ideał, do którego chcielibyśmy dorosnąć. Gdy myślę o działalności Kościoła wśród osób potrzebujących, skłonny byłbym powiedzieć, że dopiero raczkujemy w dziedzinie okazywania radości i szczęścia wówczas, gdy widzimy, że ktoś został czymś obdarowany.
Istnieje ryzyko, że po wielu latach służby dawanie stanie się dla nas raczej zadaniem do wykonania, obywatelskim, a może chrześcijańskim obowiązkiem, koniecznością lub tylko rutyną. A wtedy naprawdę trudno o doświadczanie szczęścia! Częstokroć obserwuję, jak rozdawanie żywności czy odzieży rodzi mnóstwo skrajnych emocji. Nieraz wydaje się, że prowadzi do czegoś zupełnie odwrotnego niż błogosławieństwo. Nic dziwnego! Dawanie, dzielenie się nie przychodzi przecież naturalnie. Zaraz po wygnaniu z Edenu ludzie stali się samolubni i nie zanosi się, by coś w tej dziedzinie miało się zmienić (zob. 2 Tym 3,2). Z natury wszyscy ludzie są egocentryczni (por. Ef 2,3). Dawanie z serca jest cechą świadczącą o przemienionym przez Chrystusa charakterze. Charakter, na szczęście, można kształtować, a dawania trzeba się uczyć.








